Start Przyjmij dar zbawienia Biblia za darmo Biblia audio Biblijna pomoc Galeria Czytelnia O stronie Kontakt

Początek | << Prolog | Rozdział 1 >>

Wstęp

Moi dziadkowie byli wierzącymi i praktykującymi katolikami. Byłem również ochrzczony w kościele katolickim, jednak moi rodzice nie praktykowali religijności katolickiej, nad czym dziadkowie wielce ubolewali. Jako dziecko przebywałem często z babcią i dziadkiem od strony mamy. Babcia zapewniała mi cały pakiet literatury katolickiej w postaci książeczek modlitewnych, katechizmu dla dzieci, broszur, obrazków ze świętymi wraz z ich dokonaniami. Interesowały mnie te materiały, ponieważ były ładnie wydane. Spędzałem sporo czasu na oglądaniu w telewizji transmisji z Rzymu i wystąpień papieża Jana Pawła II. Dziadkom udało się załatwić wejście na kilkugodzinną mszę na Placu Defilad pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie podczas trzeciej pielgrzymki papieża do Polski w 1987 roku. Byłem wtedy pod sporym wrażeniem tego wydarzenia, znajdując się niedaleko od samego papieża. Te wszelkie inicjatywy dziadków powodowały, że w okresie szkoły podstawowej wyobrażałem sobie, że zostanę kiedyś księdzem.

Drugi dziadek ze strony taty od najmłodszych lat wprowadzał mnie w świat okultyzmu swoimi opowiadaniami i praktykami. Z perspektywy czasu myślę, że nie miał świadomości tego, że zajmuje się okultyzmem, pomimo że był religijnym katolikiem. Katolicyzm czterdzieści lat temu nie miał rozeznania w okultyzmie opartym na psychotronice, czyli pseudonaukowej dziedzinie zajmującej się zjawiskami paranormalnymi. Zjawiska paranormalne, choć istnieją, to jednak nie można ich opisać naukowo, ponieważ nie można ich w pełni zbadać. Niewątpliwie literatura Raymonda Moody’ego, jak np. Życie po życiu, znacząco przyczyniła się do moich postępów w okultyzmie, czyli wiedzy i praktykach związanych z tajemnymi siłami, zjawiskami nadprzyrodzonymi i nieznanymi mocami, które istnieją w świecie duchowym i przejawiają się w świecie fizycznym. Za moje kieszonkowe pieniądze nabywałem specjalistyczną literaturę w siedzibie Polskiego Towarzystwa Psychotronicznego w Warszawie. W szkole podstawowej posiadałem już sporą wiedzę i praktykę okultystyczną. Nawet jeśli z kimś próbowałem o tym rozmawiać, to większość osób nie miała pojęcia, o czym mówię – hipnoza, radiestezja, bioenergoterapia, channeling, ezoteryka, spirytyzm, mistycyzm, radża joga itp.

Do uzupełnienia mojego tańca z demonami przyczyniło się wydarzenie, podczas którego zostałem publicznie pobity na oczach całej szkoły przez starszego kolegę z klasy. Od drugiej klasy podstawówki zacząłem regularnie uczęszczać na karate sportowe, a w późniejszych latach uczyłem się Kung-fu u największego wówczas w Polsce propagatora tego stylu. Ostatecznie znalezłem się w elitarnej grupie Jeet Kune Do – jedynego miejsca w kraju nauczającego stylu opracowanego przez Bruce’a Lee. Sztuki walki to przede wszystkim silne związki z taoizmem, buddyzmem i medytacją, co dość dobrze komponowało się z moją wiedzą i praktykami okultystycznymi.

Te doświadczenia spowodowały, że nabyłem pewnych „zdolności paranormalnych” oraz posiadałem pełne przeświadczenie o istnieniu świata duchowego. Istnienie tego innego świata było dla mnie tak samo namacalne, jak istnienie świata fizycznego. Nie mogę opisać szczegółowo moich doświadczeń, ponieważ nie jest to książka o okultyzmie, a raczej o tym, aby wszelkie przejawy starożytnych praktyk duchowych jak najszybciej i za wszelką cenę porzucić.

W dzisiejszym świecie opartym na zaawansowanej technologii i sztucznej inteligencji, ludzie stają się niewolnikami okultyzmu w nieco inny sposób i większość nie ma o tym najmniejszego pojęcia. Dzisiejszy okultyzm jest jeszcze bardziej przebiegły i wyrafinowany, ponieważ korzysta z najnowszych technologii, których używa prawie cała ludzkość.

Po wielu latach poznawanie tajemnych mocy nie dało mi szczęścia ani radości, a wręcz zrodziło lęk i wielki niepokój. Ten niepokój nie miał racjonalnego podłoża, gdyż w tym czasie nie miałem żadnych powodów do niepokoju ani strachu, który coraz bardziej mnie otaczał. Medytacje i duchowość z Dalekiego Wschodu nie dawały mi sensu istnienia, dlatego coraz częściej skłaniałem się do poznawania różnych religii dostępnych w Polsce.

Katolicyzm przestał mnie fascynować, ponieważ kiedy odeszło z tego świata wiele bliskich mi osób, nie pojawiło się z tej religijnej instytucji żadne duchowe pocieszenie. Martwe kazania martwych kapłanów nie rozgrzały mojego lodowatego wnętrza i nie obudziły ze snu śmierci, a wręcz irytowały protekcjonalnością i zachłannością na pieniądze. W swoich poszukiwaniach natrafiłem i poznałem pseudochrześcijańskie organizacje Świadków Jehowy oraz Mormonów, niebezpieczne ze względu na psychiczne ubezwłasnowolnienie i solidne pranie mózgu. Zatem ani Katechizm, ani Strażnica, ani Księga Mormona nie były, nie są i nigdy nie będą dla mnie nośnikiem prawdy. Ciemność nie ustępowała.

Mój malutki pokój w bloku na warszawskim Bemowie był świątynią medytacji oraz salą treningową wypełnioną hantlami i workami bokserskimi. Moje codzienne treningi były bardzo intensywne, trwające kilka godzin. W tym okresie w naszej elitarnej szkole walki pojawiła się szansa wyjazdu na prestiżowe zawody walk do Chin. Zdecydowałem, że będę się do nich przygotowywał. Pewnego dnia mieliśmy odbyć trening, walcząc na sto procent naszych umiejętności. Oczywiście podczas sparingów mieliśmy różnego rodzaju ochraniacze, więc ryzyko poważnych uszkodzeń ciała było niewielkie. Jednak tamtego dnia walka wymknęła się spod kontroli. Kolega wykonał tak potężne podcięcie moich nóg, że znalazłem się w powietrzu. On także stracił równowagę, tak że z ogromną siłą upadłem na nerkę, a on spadł na mnie, dobijając mnie. Z bólu prawie straciłem przytomność, ponieważ z tą nerką od dzieciństwa miałem zdrowotne problemy. Ledwo wróciłem do domu, a ból w kolejnych dniach był tak silny, że zdecydowałem, aby na jakiś czas odpuścić całkowicie treningi. To była jedna z trudniejszych decyzji, ponieważ dla sportowca każdy opuszczony tydzień treningów jest dużym psychicznym i fizycznym ciosem.

W szkole średniej miałem kilku zaufanych kolegów, z którymi mogłem swobodnie rozmawiać o duchowych odczuciach, widzeniach i wszelkich nadprzyrodzonych zjawiskach. Jeden z nich, znając moje bogate zainteresowania, przyniósł mi i podarował Nowy Testament. Powiedział mi, że dostał go z okazji bierzmowania, ale nie jest zainteresowany czytaniem. Oczywiście przyjąłem prezent z ogromnym zainteresowaniem, a nawet podekscytowaniem, ponieważ kompletnie nie znałem tej Księgi. To był początek lata i pięknej pogody, więc postanowiłem sobie, że w nadchodzący weekend, który spędzałem z rodzicami na ich działce za Warszawą, rozpocznę lekturę tej tajemniczej Księgi. Po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów wydarzyło się coś, czego nie potrafiłem wtedy wyjaśnić. Po wielu latach strasznej ciemności zobaczyłem na horyzoncie coś, co wyglądało jak coraz bardziej jaśniejąca łuna zapowiadająca bliski wschód słońca. Oczywiście odczucia nie były związane z piękną pogodą, ale to doświadczenie było duchowym, wewnętrznym przeżyciem. Do mojego zimnego wnętrza zaczęło również dochodzić i ogrzewać mnie coraz większe ciepło. Nie rozumiałem w pełni tej Księgi, ale jej treść zaczęła mnie przenikać i budzić do życia bez żadnej ludzkiej inicjatywy ani religijnych działań.

W ciągu kilku kolejnych tygodni, spędzając czas na działce rodziców, poznałem dziewczynę, w której się zakochałem. Okazało się, że również czyta tę Księgę, a dodatkowo w Warszawie mieszkaliśmy niedaleko siebie. Potem została moją żoną. Ciemność ustępowała coraz większej jasności.


Początek | << Prolog | Rozdział 1 >>